• Phone numbers: +48 22 403 78 72, +48 517 459 418
  • E-mail: biuro@frog.org.pl
  • Address: ul. Górskiego 3/17, 00-033 Warszawa

Z Innym przy okrągłym stole czyli jak się uczyć tolerancji. O czeskich dobrych praktykach.

Problem Europy Środkowej z imigrantami, przede wszystkim przymusowy-mi, polega na tym, że wcale nie jest ona w Środku, tylko raczej na peryferiach. To pierwsze drzwi, do których pukają przybysze. Stukają tak już kilkanaście lat – pierwsi pojawili się po roku 1989, kolejni po wstąpieniu Czech, Słowacji, Polski, Węgier i Słowenii do Unii Europejskiej, następni w okolicach wejścia tych państw do strefy Schengen. Przychodzą od dwudziestu dwóch lat, a wciąż traktuje się ich jako problem nowy, na który nie jesteśmy przygotowani. Mówi się, że nie ma spójnej, przemyślanej polityki wobec migrantów. Że IPI (Indywidualne Programy Integracji) sprowadzają się właściwie do podstawowych kursów języka i wypłacania kieszonkowego. Że to okropne, ale przecież nic z tym nie możemy zrobić, bo to polityka, to rząd… A właśnie, że moglibyśmy. Bo polskie nieprzygotowanie na przyjęcie migrantów, czy to przymusowych, czy ekonomicznych jest przede wszystkim problemem społecznym. Nie powinno się mówić o gotowości, ale o dojrzałości. Warto też zastąpić słowo tolerancja słowem akceptacja, a słowo adaptacja słowem integracja. Gdybyśmy tę oto prostą operację lingwistyczną rozszerzyli na inne sfery życia, uzyskalibyśmy przestrzeń współistnienia.

Ten zawarty w dwóch zdaniach postulat to w rzeczywistości zadanie dla kilku pokoleń. Zamiast pytać o to, co począć z imigrantami powinniśmy zacząć od siebie. Co z nami jest nie tak, że uchodźcy czeczeńscy mają takie problemy z integracją w naszym kraju? Czy rzeczywiście jesteśmy tak otwarci, jak lubimy o sobie myśleć? Tak chętnie przywołujemy obraz kraju bez stosów. A przecież wystarczy ogień. Jakie znaczenie ma ten epitet w kraju, w którym ktoś potrafi podpalić mieszkanie wynajęte przez czeczeńskich uchodźców (bo to muzułmanie, bo mówią gardłowym językiem i głośno, bo ich kobiety noszą chusty, bo dostają pomoc finansową od państwa, bo…)? To pytanie ciągnie za sobą kolejne. Co oznacza tolerancja w kraju, w którym nie ma stosów, ale są butelki z benzyną? Boję się, że to tylko pozwalam Ci tutaj być, ale na moich zasadach. To łatwe, ale tak nie da się razem żyć. Spróbuj-my się nauczyć akceptacji. Jak pisze Charles Taylor, istnieje zależność między uznaniem przez grupę dominującą a tożsamością rozumianą jako samo-świadomość danej jednostki. Tożsamość zawsze powstaje w dialogu, więc należy wokół niej wywołać dyskusję. Podkreślać wartość różnic.

Stworzyłam długą listę trudnych (wielu powiedziałoby pewnie, że niemożliwych) życzeń. Zanim zabierzemy się za ich realizację,  warto się rozejrzeć. Podejrzeć cudze dobre praktyki. A tych nie trzeba wcale szukać na wielokulturowym Zachodzie, w Belgii, Holandii, Kanadzie. Te figurują w podręcznikach. Przenoszenie kanadyjskich rozwiązań nad Wisłę, Dunaj czy Wełtawę

na pewno nie jest jedyną metodą. I nie musi być najlepszym z możliwych wyborów. Dobrych praktyk warto szukać także na własnym środkowo-europejskim (peryferyjnym?) podwórku. Jako przykład chciałabym przedstawić projekty czeskiego stowarzyszenia Slovo 21. To kilka projektów znad Wełtawy, które mogłyby pomóc Polakom, polskim migrantom, polskim uchodźcom.

Pierwszy projekt wynika z oczywistego, ale ważnego stwierdzenia, które zresztą pojawiło się już w poprzednim akapicie. Działanie nazywa się Lepší komunikace = lepší integrace II (Lepsza komunikacja = lepsza integracja II, cyfra świadczy chyba o sukcesie pierwszej edycji). Celem jest stworzenie międzynarodowej platformy porozumienia organizacji w różny sposób wspierających społeczności migranckie. W ramach projektu organizowane są międzynarodowe sesje studyjne, konferencje oraz wzajemne wizyty pozwalające na obserwowanie pracy konkretnych fundacji i stowarzyszeń ze środ-ka, podglądanie ich warsztatu. Jak przygotowują projekty? Czy imigranci są tylko beneficjentami czy aktywnie wspierają realizację konkretnych działań? Czy i jak współpracują z instytucjami państwowymi? Część z tych informacji czeka na nas na stronach internetowych, najczęściej dostępnych w kilku wersjach językowych i regularnie aktualizowanych. Mimo wszystko, pewien komentarz autorski jest przydatny, jeśli nie niezbędny. A spotkanie ludzi patrzących z różnych perspektyw na te same problemy umożliwia wspólne stworzenie lepszego rozwiązania. Bardzo ważne jest to, że do udziału zaproszeni są nie tylko pracownicy sektora pozarządowego, ale też różnych szczebli administracji państwowej. Dotychczas w projekcie wzięli udział reprezentanci tak różnych krajów jak Niemcy, Włochy, Hiszpania, Węgry i oczywiście Czechy. Wnioski wynikające z wymiany doświadczeń i wspólnych burz mózgów są zapisywane i publikowane. Dzięki takiemu zderzeniu perspektyw czescy uczestnicy projektu Lepší komunikace = lepší integrace II uświadomili sobie potrzebę wspólnego działania, wytworzenia lokalnej polityki integracyjnej, przede wszystkim na poziomie ośrodków miejskich. Dotyczy to przede wszystkim Pragi, która skupia aż jedną trzecią wszystkich obcokrajowców mieszkających na terenie Republiki Czeskiej. Wspólny program wspierania imigrantów ma powstać w ostatniej fazie projektu. Autorzy nazwali ją okrągłym stołem. Będzie to debata realizatorów projektu i przedstawicieli władz miasta.

Na szczęście do podobnego wniosku doszli także nadwiślańscy aktywiści. Na szczęście powstanie Warszawskie Centrum Wielokulturowe, w którego przestrzeni pracować będą różne fundacje i stowarzyszenia wspierające różnorodność. Oby nie bało się korzystać z dobrych praktyk starszych braci. Takich jak Amsterdam, Turyn, Wiedeń, Lizbona. I Praga?

Spotkania specjalistów to jednak nie wszystko. Są ważne, bo to podczas nich tworzy się publiczny dyskurs, powstają pomysły na projekty, które mają rozwiązywać problemy cudzoziemców na rynku pracy, w edukacji, w kontaktach z administracją, ale także właśnie z brakiem akceptacji. Tyle, że jedynym chyba rozwiązaniem, które pomogłoby przezwyciężyć ostatni problem to odejście od okrągłego stołu i wyjście na ulicę. Pierwsze kroki musimy skierować do szkół. To jasne. Wszyscy już na to wpadli, nie tylko Slovo 21. Bardzo wiele organizacji, także polskich (jak choćby Fundacja Forum Różnorodności) prowadzi warsztaty z komunikacji międzykulturowej, promuje wielokulturowość, szkoli nauczycieli w szkołach, w których uczą się dzieci cudzoziemskie. Zajęcia proponowane szkołom przez czeskie organizacje dotyczą zazwyczaj samej idei współistnienia kultur, a także przedstawiają specyfikę zwyczajów społeczności romskiej i wietnamskiej, najliczniejszych w wspólnot imigranckich w Czechach. Ich celem nie może być wyłącznie przekazanie informacji merytorycznej. Adresowane są głównie do podstawówek. Docelowa grupa wiekowa nie przyjmie informacji  o prawie czy zbyt dużej ilości faktów historycznych. Kiedy opowiadasz dzieciom o uchodźcach, nie możesz  cytować Konwencji Genewskiej. Możesz powiedzieć: Zamknij oczy. Wyobraź sobie, że musisz opuścić swój dom w ciągu godziny, bo pojawił się ktoś większy i silniejszy, kto chce go zająć. Pozwala Ci zabrać tylko dziesięć rzeczy. Masz minutę na stworzenie ich listy. A później razem zastano-wicie się, dlaczego na liście są fotografie rodzinne, a nie ma ciepłej kurtki. Spróbujecie nazwać emocje, które towarzyszą takiej symulacji. A dzieciaki będą już zawsze pamiętać, kim jest uchodźca, czym się różni od imigranta ekonomicznego i dlaczego powinniśmy traktować go jak gościa a nie intruza. Oferta edukacyjna adresowana do szkół jest naturalną drogą dotarcia do jak największej ilości dzieci. Organizacje pozarządowe nie tylko prowadzą zajęcia, ale też publikują ich scenariusze, co umożliwia nauczycielom wprowadzenie ich do programu właściwie bez inwencji, odtwórczo, ale profesjonalnie. Na gruncie polskim takie sygnowane przez eksperta pomysły pojawiały się m.in w publikacjach Stowarzyszenia „Jeden Świat“.

Najmłodsi to bardzo ważna grupa, ale też najłatwiejsza. Uczniowie pierw-szych klas podstawówek nie mylą jeszcze uprzedzeń i stereotypów z faktami i prawdami. Sztuką byłoby stworzenie programu edukacji międzykulturowej dla ich rodziców. Wymagałoby to stworzenia przestrzeni dla dialogu i języka opisu dla spraw traktowanych często stereotypowo. Jakiegoś takiego kodu topienia lodu. Jak przekonać pana sąsiada, że muzułmanie nie są źli, że nie biją dzieci i nie oblewają żon kwasem? Że te ostatnie noszą burki czy hidżaby, bo tego chcą?

I tutaj właśnie pomoże nam Slovo 21. I projekt Rodina Odvedle (Rodzina z pobliża, rodzina z sąsiedztwa, rodzina z naprzeciwka).

Wszystko zaczyna się od niedzielnego obiadu. Od rodziny przy stole, parujących talerzy, świątecznej atmosfery, braku pośpiechu, zaległych rozmów z całego tygodnia. A co gdyby przy stole usiadły dwie rodziny? Na przykład czeska i wietnamska? Czy może polska i czeczeńska? Wtedy właśnie powstałaby przestrzeń, w której goście i gospodarze mieliby szanse, jedząc swoje tradycyjne potrawy, stworzyć własny kod.

Zespół projektu prowadzi bazę rodzin czeskich i cudzoziemskich a następ-nie łączy je w pary. Raz do roku, tego samego dnia pod koniec listopada, w różnych miejscach kraju, chętne rodziny spotykają się, wspólnie przygotowują posiłek i zasiadają do prywatnego okrągłego stołu. Czasami jedzą knedliki, czasami manty czy makaron ryżowy. Towarzyszy im asystent, który wcześniej kontaktuje ze sobą wybrane osoby i przedstawia je sobie.

Żeby wziąć udział w projekcie wystarczy wypełnić formularz zamieszczony na stronie internetowej organizacji. Należy podać dane osobowe, informacje o swojej rodzinie (czy jest się w związku, czy ma się dzieci, jak duże jest gospodarstwo domowe). Są także pytania o zawód i zainteresowania. Można poprosić o spotkanie z rodziną konkretnej narodowości.

Od roku 2004 w projekcie wzięły udział osiemset osiemdziesiąt cztery rodziny.

Zafascynował mnie ten projekt. A konkretnie zniesienie relacji swój-obcy, zastąpienie jej przez gospodarz-gość. To niby zbyt proste, takie lepienie pierogów zamiast robienia polityki, ale właśnie ono pozwala na diametralną zmianę perspektywy. Większość osób niezainteresowanych problematyką migracji  śledzi ją tylko w mediach. A w nich migrant jest intruzem, zagrożeniem. Zabiera chleb i stawia minarety. A przede wszystkim jest zupełnie pusty, nie ma w nim mięsa i krwi. Bo pan sąsiad widział go na żywo tylko w tureckim barze i w autobusie. Nie rozmawiał z nim, no bo po co, skoro już przeczytał w gazecie. A poza tym to nie on ma czytać, tylko tamten. On jest u siebie.

Pora na ilustrację. Cofnijmy się choćby do 2009 roku i wydarzeń w Łomży. We wrześniu 2009 r. poseł Lech Kołakowski postanowił doprowadzić do likwidacji Ośrodka dla Uchodźców w Łomży. Pod petycją zebrał niemal osiemset podpisów. Doszło do nasilenia się w mieście nastrojów anty-uchodźczych, w tym do pobicia dwóch czeczeńskich kobiet w średnim wieku. Napastnik próbował zedrzeć im chusty z głowy, pryskał gazem w twarze, krzyczał Taliban, wracaj do Czeczenii. W mieście pojawiły się również naklejki antyczeczeńskie. Przekreślona flaga napisy po rosyjsku: Czeczenia won, my was tu nie chcemy. Na lokalnych forach internetowych pojawiły się nieprzychylne uchodźcom wpisy. Czeczenów wyzywano od azjatyckich hord, swołoczy i szarańczy, proponowano grupową deportację prosto w objęcia batiuszki Putina oraz nazywano czeczeński islam najbardziej radykalnym odłamem fundamentalizmu (zupełnie niezgodnie z prawdą).

Rodina Odvedle zmusza do redefinicji „u siebie“. Jednocześnie pozwala na zadanie demonizowanym Innym trudnych pytań, na które media nie odpowiadają albo odpowiadają sprzecznie. Rodziny dowiadują się czegoś o tych drugich, ale i o sobie, widzą swoje odbicie w oczach kogoś, kto ma inny system wartości, sposób myślenia, inne pojęcie piękna, skromności, inny język ciała. Oczywiście, to czubek góry lodowej, ale widziany z lepszej perspektywy niż na ulicy, na bazarze, w metrze (albo, co gorsza, w telewizji). Siedząc przy stole jesteśmy na tyle blisko, że gdybyśmy chcieli, moglibyśmy tę górę lodową nawet liznąć. Jeśli oczywiście nie boimy się, że się sparzymy.

Konsekwencją zadeklarowanej gościnności jest próba oczyszczenia się ze stereotypów, zapomnienia o uprzedzeniach, wyjścia poza schematy. Jeśli zrobi się to raz, jedząc obiad, łatwiej będzie to zrobić raz jeszcze. Przy przypadkowym spotkaniu, podczas rozmowy ze znajomymi, ale także w kontaktach zawodowych, przy rekrutacji pracowników, wychowując dzieci...

Przynajmniej tak mogłoby być. Pewnie warto spróbować. Jeśli udało się z knedlikami, mogłoby się udać również z bigosem i pierogami. Trzeba tylko uzgodnić, kto kogo zaprasza i co gotujemy. Bo najlepsze imprezy zawsze są w kuchni? Bo nawiązany w jadalni dialog może spowodować, że dla dwóch rodzin tolerancja przestanie oznaczać znoszę cię, skoro już tutaj jesteś. Między pierwszym a drugim daniem może zmienić się w akceptuję cię, szanuję różnice między nami i interesuje mnie twoja perspektywa.

Zacznijmy każdy od siebie. Smacznego.

You are here: Activities Be my guest! – (not only) Polish lunch Z Innym przy okrągłym stole czyli jak się uczyć tolerancji. O czeskich dobrych praktykach.